Seks a prawo polskie

Drukuj

Polska to dziwny kraj, jeśli chodzi o podejście do seksualności jej obywateli.

W Polsce legalny seks można uprawiać skończywszy lat 15, ale odpowiedzialny dopiero 18. Szesnastoletnia dziewczyna może samodzielnie pójść ze swoim rówieśnikiem do łóżka, ale do ginekologa po środki antykoncepcyjne musi iść z matką, czy ojcem.

Polska to kraj w którym nikogo nie zdziwi, że edukację seksualna nie jest powszechna, a zdarza się, że prowadzi ją nauczyciel religii. Tak jak nie dziwi, że pani minister edukacji po informacji, że jedenastolatkom na religii opowiada się o aborcji, kwituje to stwierdzeniem, że nic się nie stało, bo nauczycielka przeprosiła. Pani minister za to nie chce w szkołach edukatorów seksualnych, bo jeszcze młodzież by się czegoś dowiedziała od fachowca, a nie z Internetu.

Polska to kraj gdzie tej zimy, partia, która lubi mówić o zagrożeniu demograficznym Polski, zlikwidowała z przyczyn ideologicznych finansowanie In vitro. Pogrzebali w ten sposób szansę niezamożnych polskich rodzin bezskutecznie starających się o dziecko. Lepiej niech korzystają z naprotechnologii. Wiara czyni cuda.

Polska to kraj, gdzie wiosną minister zdrowia w trosce o polskie kobiety, postanowił wprowadzić recepty na pigułki „dzień po”. Przypominam, że środek ten  najbardziej jest skuteczny w ciągu doby po stosunku, potem jego skuteczność z każdą godziną spada. Znalezienie lekarza w tym czasie może być fizycznie niemożliwe. Spóźnione zażycie  może oznaczać nieplanowaną ciąże. Czy tak robi minister, który chce ograniczać aborcje?

Polska to kraj jednego z najostrzejszych praw antyaborcyjnych. Ale niektórym to mało. Mamy kolejny zamach na naszą wolność.  W Sejmie już zarejestrowano komitet zbierający podpisy pod nową ustawą o planowaniu rodziny, a liczni posłowie PIS deklarują, że nowe prawo poprą.

Zatem latem szykuje się nam kolejna batalia, batalia o prawo do decydowania o tym, czy chcemy urodzić dziecko z gwałtu, chore, lub donosić ciąże, której ceną może być nasze zdrowie. Co prawda przy bezpośrednim zagrożeniu życia, można usunąć ciąże, ale lekarze mogą nie chcieć śledztw, jak poważne było to zagrożenie. Jak dodamy, że wywołanie śmierci nienarodzonego dziecka wg projektu to 3 do 5 lata więzienia dla kobiety lub lekarza, możemy spodziewać się śledztw po poronieniach samoistnych. Nie ma jak wizyta prokuratora po utracie dziecka – model salwadorski.

Dodatkowo wg definicji w projekcie ustawy, dzieckiem poczętym jest zarodek od połączenia komórek żeńskiej i męskiej. Oznacza to, że projektodawcy mają dla nas ustawę, która ograniczy też in vitro, badania prenatalne i niektóre formy antykoncepcji. Ustawa ograniczy wolność kobiet do usunięcia chorego płodu, ale też szansę na posiadanie zdrowego dziecka.

I problem polega na tym, że te złe zmiany powstrzymać może tylko dzisiejsza większość. Niestety to ta sama większość, która już raz w VII kadencji Sejmu zagłosowała za zaostrzeniem ustawy antyaborcyjnej. Na szczęści wtedy jeszcze nie była większością i przegrała. Co będzie teraz?

To mogłoby nawet być zabawne, gdyby nie było groźne. Bo niestety ta paranoja nas wszystkie dotyczy, dotyczy naszego życia.

I szkoda, że ci co mówią tyle o sumieniach, nie chce zaufać sumieniom i mądrości polskich kobiet.

Tekst powstał na bazie mojego tekstu na manifestację – Być kobietą to nie wyrok.

Czytaj również