500+ nie dla wszystkich rodziców?

Drukuj

To, że pisane na kolanie ustawy zawierają mnóstwo błędów jest - ze użyję słów Prezesa - "oczywistą oczywistością". I nie mówię tu nawet o zasadności ustaw, ale ich formalnej poprawności. Także samo jest ze sztandarową ustawą PIS, czyli 500+.

Praktyka wypłat w ramach programu 500+ pokazuje, że sztandarowy program PiSu nie działa aż tak cudownie, jak sugerują to telewizyjne spoty. Szczególnie uciążliwi okazują się dla urzędników rozwodnicy.

Dlaczego?

Dlatego, że w artykule 5 ust. 2 Ustawy o pomocy państwa w wychowaniu dzieci użyto mocno niefortunnego określenia „opieka naprzemienna”. Kłopot polega na tym, że jest to termin li tylko opisowy, a nie kodeksowy. Stwierdzenie „opieka naprzemienna” ani razu nie pojawia się w Kodeksie Rodzinnym i Opiekuńczym. W efekcie, sądy orzekając o rozwodzie oraz kontaktach z dzieckiem używają tego określenia jedynie sporadycznie – i to na zasadzie opisowej, a nie formalnej.

Co w takim razie robią urzędnicy?

Szukają w dostarczonych przez rozwiedzionych rodziców dokumentach sformułowania „opieka naprzemienna” i jeśli go nie znajdą (a przecież nie znajdą!) całość kwoty 500 złotych przyznają temu z rodziców, przy którym dziecko ma miejsce zamieszkania (a niezależnie od faktycznego podziału opieki – nawet w przypadku „pół na pół” – dziecko może mieć tylko jedno miejsce zamieszkania). Uzasadnienie urzędniczych decyzji w większości przypadków wygląda bardzo podobnie – mniej więcej tak: „Miejsce zamieszkania dziecka przy jednym z rodziców, pobyt dzieci nieuregulowany przez Sąd orzeczeniem w sprawie opieki naprzemiennej, a jedynie ustalony między rodzicami”. I już. Skoro sąd nie użył sformułowania „opieka naprzemienna” to znaczy, że jej nie ma.

Tymczasem praktyka opieki naprzemiennej opiera się w większości przypadków na sankcjonowanej przez sąd ugodzie między rodzicami, której brzmienia sądy nie poprawiają. To, co rodzice sami zapiszą, sąd najzwyczajniej potwierdza zamykając sprawę „wobec zawarcia ugody miedzy stronami”. Co więcej – ku zrozumiałemu przerażeniu urzędników – konfiguracje takiej opieki są właściwie nieograniczone. Dziesięć dni u jednego rodzica, dwadzieścia u drugiego. Dwa dni w tygodniu u jednego, pozostałe trzy u drugiego, a weekendy naprzemiennie. Albo jeszcze inaczej. A to wszystko bez dwóch, kluczowych dla urzędników słów: „opieka naprzemienna”. Jeśli słów tych nie ma – świadczenia również nie będzie.

Co ciekawe, zdążają się sytuacje, w których świadczenia pozbawiana jest rodzina patchworkowa, korzystająca z wydawanych przez Ministerstwo Rodziny Kart Dużej Rodziny oraz odliczeń na dzieci w ramach rocznego rozliczenia podatku. Jeśli tylko wchodzące w skład takiej rodziny dzieci mają miejsce zamieszkania przy byłym małżonku, urzędnicy samorządowi wykluczają je z rodziny patchworkowej przekazując całość świadczenia według formalnego, a nie faktycznego miejsca zamieszkania. Jeśli opieka nad dwójką dzieci z pierwszego małżeństwa przyjmuje postać „pół na pół”, wówczas rodzina patchworkowa z czwórką dzieci zamiast pomocy w wysokości 1250 złotych otrzyma od państwa… 500 złotych. Ale o tym nie dowiemy się z telewizyjnych spotów.

Gwoli jasności – nigdy nie byłam zwolenniczką ustawy 500+ w obecnej postaci. Pomysł być może i zacny, tylko, że naszego kraju na taki program socjalny bez kryteriów finansowych nie stać. Dlatego kolejne rządy będą musiały go racjonalizować, aby był bardziej sprawiedliwy i pomagał tym, którzy rzeczywiście pomocy potrzebują.

Celem mojego dzisiejszego wpisu nie była jednak krytyka idei stojącej za ustawą, lecz wskazanie jej formalnych słabości i realnie niepożądanych konsekwencji. W przypadku rodziców rozwiedzionych tak niefortunne rozstrzygnięcia urzędników z dużym prawdopodobieństwem przełożą się na emocjonalne spięcia miedzy byłymi małżonkami, a to najpewniej odbije się na dzieciakach. Chyba nie tak miało to wyglądać…

Czytaj również